Łodzianie mieli zwycięstwo w zasięgu ręki. Stracili je w ostatnich minutach.
Prowadzenie nie wystarczyło
Widzew Łódź przegrał w sobotę z Radomiakiem 1:2 i znalazł się na skraju strefy spadkowej. Przez większą część meczu to goście dyktowali warunki – a przynajmniej tak powinno być. W praktyce Łodzianie przez długi czas nie stwarzali zagrożenia i to Radomiak częściej zbliżał się pod bramkę rywali.
Przełom nastąpił niespodziewanie. W drugiej połowie piłkę do własnej siatki wpakował Donis, a przy akcji aktywny był Sebastian Bergier. Widzew objął prowadzenie, choć trudno było mówić o tym, że na nie zasłużył.
Koszmar końcówki
Wynik mógł się utrzymać. Radomiak do tej pory nie wygrał ani jednego meczu, w którym to on jako pierwszy tracił bramkę. Defensywa Widzewa wydawała się wystarczająco pewna, żeby to wykorzystać. W 83. minucie Alves uderzył znakomicie i doprowadził do remisu.
Gorsze miało jednak dopiero nadejść. W doliczonym czasie gry Radomiak wykonał rzut wolny blisko szesnastki. Piłka odbiła się od muru, trafiła w poprzeczkę, a dobił ją Luquinhas. Widzew przegrał 1:2.
Co dalej z Widzewem?
Porażka w Radomiu mocno komplikuje sytuację drużyny prowadzonej przez Aleksandara Vukovicia. Łodzianie mieli realną szansę, żeby wydostać się ze strefy spadkowej. Zamiast tego zostali w niej na kolejny tydzień, a walka o utrzymanie staje się coraz trudniejsza.
