W centrum Łodzi wolontariusze rozstawiają garnki i rozdają jedzenie potrzebującym. Kolektyw Food Not Bombs działa bez dotacji i bez błogosławieństwa urzędu, ale daje jeść i protestuje przeciwko przemocy.
Kefija jako symbol sprzeciwu
Wolontariusze noszą charakterystyczne arabskie chusty. Przedstawiciel kolektywu tłumaczy, co za tym stoi.
-Kefiję mam na sobie dlatego, że nie ma mojej zgody na ludobójstwo w Strefie Gazy, nie ma mojej zgody na ludobójstwo w Libanie, w Syrii, nie ma mojej zgody na nielegalne okupowanie Wzgórz Golan – mówi nasz rozmówca. – To wszystko robi Izrael, ale trzeba być antyizraelskim, nie antysemickim – to są dwie różne rzeczy zdecydowanie – podkreśla.

Przeciwko przemocy, przeciwko militaryzacji
Food Not Bombs określa siebie jako kolektyw antymilitarny. Jego członkowie uważają, że środki przeznaczane na zbrojenia powinny trafiać do ludzi, którzy nie mają co jeść ani gdzie mieszkać.
-Ludzie umierają w kamienicach w Łodzi. Nie mamy żadnych schronów, nie mamy dostępu do leków. Nasze bezpieczeństwo jest traktowane przez polityków tylko w kontekście nowych karabinów i nowych samolotów – mówi przedstawiciel kolektywu. – Ludzie nie umierają od kul. Umierają z głodu i z zimna.
Lokalizacja akcji – tuż obok Urzędu Miasta – nie jest przypadkowa. Kolektyw zwraca uwagę, że Łódź nadal utrzymuje relacje partnerskie z Tel Awiwem, mimo apeli lokalnej diaspory palestyńskiej o ich zerwanie.
Setka talerzy, zero dotacji
Wolontariusze przygotowują wegańskie posiłki i rozdają środki higieniczne – podpaski, maszynki do golenia, środki do prania. Wszystko pochodzi ze zbiórek od mieszkańców.
-To nie jest rocket science, żeby zrobić wegańską zupę i zebrać chemię, która tym ludziom jest potrzebna – mówi. – Można to zrobić, tylko że w tym czasie policjanci wolą nam wkładać mandaty za to, gdzie stoimy.
Kolektyw współpracuje ze Stowarzyszeniem Lokatorów, które zajmuje się prawami mieszkańców zagrożonych eksmisją.
Wolontariusze chcą udowodnić, że pomoc sąsiedzka działa skuteczniej niż instytucje.
– Jesteśmy w stanie nakarmić setkę ludzi, kiedy Urząd Miasta nie robi nic i tylko podnosi rachunki – mówi przedstawiciel Food Not Bombs. – Chcemy pokazać, że to naprawdę nie jest trudne, żeby ludzi nakarmić.
