Przez rok nikt go nie chciał. Dziś ma rodziców, babcię, trzy psy i cztery kury.
Staś urodził się i od razu został sam. Jego mama nie była w stanie się nim zająć. Trafił pod opiekę Tuli Luli – Interwencyjnego Ośrodka Preadopcyjnego w Łodzi. Kiedy skończył rok, wciąż nie miał rodziny. Czas naglił, bo dłużej w ośrodku już nie mógł zostać.
Zdjęcie, które zmieniło wszystko
Fundacja Gajusz opublikowała w mediach społecznościowych zdjęcie chłopca. Staś stał tyłem do aparatu i trzymał w rękach niebieski samochodzik. Zobaczyła je Magdalena – kobieta mieszkająca pod Wrocławiem. Poczuła, że musi działać. Jej mąż był początkowo sceptyczny, ale powiedział jedno zdanie, które okazało się prorocze: „Jak będzie nam dane zostać rodzicami Stasia, to się nam uda.”
Złamana noga nie zatrzymała mamy
W dniu, kiedy dostała zaproszenie na pierwsze spotkanie ze Stasiem, Magdalena stała na szpitalnym oddziale ratunkowym ze złamaną nogą. Mimo to przyjechała do Łodzi. Weszła o kuli po oblodzonych schodach. Staś podszedł do niej, zainteresował się kulą ortopedyczną, a na pożegnanie przybił piątkę.
Rodzice mieli czas do poniedziałku, żeby podjąć decyzję. Nie spali przez cały weekend.
Trzy tygodnie w fundacji
Magdalena i jej mąż zamieszkali w siedzibie fundacji na trzy tygodnie. Pod okiem specjalistów uczyli się rytmu dnia Stasia, jego potrzeb i charakteru. Każdy telefon mógł zmienić plany – chłopiec był zgłoszony również do adopcji zagranicznej.
6 marca sąd wydał postanowienie. Dyrektor ośrodka zadzwoniła do Magdaleny. Kiedy usłyszała, że Staś może jechać do domu, przez chwilę milczała. Potem się rozpłakała.
Rosół, psy i własna grządka
Następnego dnia Staś zamieszkał w nowym domu. Babcia ugotowała rosół. Usiedli razem przy stole. Staś na początku patrzył na psy z dystansem, ale szybko zostali przyjaciółmi.
Dziś chłopiec codziennie zbiera jajka od kur, podlewa rośliny i dogląduje swojej grządki. Razem z tatą posadził gruszę. Lubi śpiewać – bierze do ręki wyobrażony mikrofon i śpiewa dla gości.
- On miał tutaj być – mówi Magdalena.
