ŁKS zakończył przygodę z Pucharem Polski już na starcie. Drużyna z Łodzi przegrała na wyjeździe z GKS-em Tychy 0:1 i odpadła po pierwszej rundzie. Trener Grzegorz Szoka po meczu nie szukał wymówek i wprost powiedział, że jego zespół zagrał poniżej swoich możliwości.
Rotacja składu nie zdała egzaminu
Mecz w Tychach był kolejnym w napiętym terminarzu ŁKS-u. Wcześniej Łodzianie zremisowali 0:0 z Odrą Opole, a już w niedzielę czeka ich ligowe starcie z Arką Gdynia na wyjeździe. To właśnie z myślą o tym spotkaniu Szoka zdecydował się na spore zmiany w składzie, wystawiając między innymi Bartosza Farbiszewskiego, Igora Strzałka i Kōkiego Hinokio.
„Mieliśmy zaplanowane przedziały minutowe dla poszczególnych zawodników” – tłumaczył trener decyzje personalne. Jak dodał, celem było wyselekcjonowanie graczy, którzy w Gdyni będą wystarczająco świeży i intensywni.
Trener nie owija w bawełnę
Eksperyment się nie udał. ŁKS przez cały mecz miał kłopoty z opanowaniem gry i nie stworzył sobie realnych okazji do zdobycia bramki.
„Zagraliśmy przeciętny mecz. Mieliśmy problem ze złapaniem płynności” – przyznał szkoleniowiec wprost po spotkaniu.
Szoka nie zgodził się jednak z tezą, że rywal był zdecydowanie lepszy. Zwrócił uwagę na okoliczności straconego gola, który padł po rzucie wolnym.
„GKS nas zaskoczył uderzeniem obok muru. Z mojej perspektywy to kuriozalny gol” – ocenił trener.
Szkoleniowiec podkreślił też nietypową serię, która ciągnie się za jego zespołem. „Pierwszy raz w karierze mam taką sytuację, że tracimy trzy gole po rzucie wolnym. Trzeba to przełknąć” – dodał.
Teraz liczy się liga
Puchar Polski to dla ŁKS-u zamknięty rozdział, ale już w niedzielę drużyna ma okazję się zrehabilitować w meczu z Arką Gdynia. Szoka przyznał, że decyzje kadrowe w Tychach były kompromisem, który się nie opłacił.
„Liczyliśmy, że uda nam się powalczyć mniejszym kosztem o zwycięstwo, ale boisko nas zweryfikowało” – podsumował trener ŁKS-u.
