Przed sądem w Piotrkowie Trybunalskim zeznawali mężczyźni, którzy jako pierwsi podjęli próbę ratowania ofiar wypadku na autostradzie A1. Ich relacje pokazują, jak dramatycznie wyglądały ostatnie chwile trzyosobowej rodziny.
Wołanie o pomoc z płonącego auta
Pierwszy świadek jechał do domu z pracy. Zobaczył słup ognia i natychmiast zatrzymał się przy miejscu wypadku. Miał ze sobą gaśnicę i łom.
„Usłyszałem wołanie: niech nam ktoś pomoże” – zeznał przed sądem, jak czytamy w relacji Gazety Wyborczej (tutaj). Próbował otworzyć drzwi, ale były zablokowane. Szarpał za klamkę tak mocno, że wyrwał ją wraz z kablami. Nic to nie dało.
Wybił szybę gaśnicą i wsadził rękę do środka. Chciał kogoś złapać i wyciągnąć z auta. Na przednim siedzeniu nikogo nie było. Krzyknął: „Czy ktoś żyje?”. Odpowiedziała mu cisza.
Ktoś wyciągnął go z kłębów dymu, bo zaczął tracić przytomność. Nie zdążył zrobić nic więcej.
„Widziałem tatuaż na ręce osoby z tyłu”
Drugi świadek dojechał bezpośrednio po zderzeniu. Jechał lewym pasem, gdy w lusterku zobaczył auto migające długimi światłami. BMW pędziło z ogromną prędkością. Minęło go tak szybko, jakby sam stał w miejscu. A na liczniku miał prawie 140 km/h.
Po chwili zaczął najeżdżać na przedmioty rozrzucone po drodze. Zobaczył roztrzaskaną Kię opartą o barierki. Zatrzymał się i podbiegł do wraku razem z drugim mężczyzną.
„Widziałem osobę siedzącą z tyłu. Poruszała się i krzyczała. Na ręce miała tatuaż” – relacjonował. Pobiegli po gaśnice, ale gdy wrócili, wnętrze było już czarne od dymu.
Po chwili wybuchł zbiornik paliwa. Mała gaśnica nie miała szans – strumień sięgał metra, a do auta nie dało się podejść bliżej niż na dwa metry.
„Widziałem, jak ktoś z tyłu próbował przykryć sobą dziecko. Nie dało się na to patrzeć” – zeznał świadek. Stwierdził, że po tym zdarzeniu woził w samochodzie dużą gaśnicę.
Chaos na miejscu wypadku
Świadkowie krytykowali organizację akcji ratunkowej. Mimo śmierci ludzi ruch na autostradzie nie został od razu wstrzymany. Samochody najeżdżały na elementy rozbitego auta.
Po miejscu chodzili ludzie postronni, a policja nie reagowała. Świadkowie mieli też uwagi co do przebiegu przesłuchań – funkcjonariusze, którzy zabrali im dokumenty, sami nie wiedzieli, kto ma ich przesłuchać.
Obojętność kierowcy BMW
Świadkowie zwrócili uwagę na zachowanie Sebastiana M. po wypadku. Poruszał się w pobliżu wraku w sposób całkowicie obojętny.
„Przechodził obok Kii tak, jakby uderzył w śmietnik” – zeznał świadek. Dodał, że dwie kobiety pobiegły nie do spalonego auta, tylko do mężczyzn z BMW.
Podczas przesłuchania w busie kierowca BMW kłócił się z policjantami i miał pretensje o zatrzymanie prawa jazdy. Twierdził, że nic nie zrobił.
„Nie pamiętam, żeby ktoś z BMW podbiegł do Kii. Słyszałem z mediów, że podobno ktoś podbiegł, ale to nieprawda” – stwierdził świadek.
Prędkość ponad 300 km/h
Sebastian M. jechał z prędkością od 315 do 329 km/h. Limit w tym miejscu wynosi 140 km/h. Kierowca Kii zachowywał stałą prędkość 133-135 km/h.
Oskarżony miał zdjęty fabryczny ogranicznik prędkości i zwiększoną moc silnika o 100 koni mechanicznych. Po wypadku uciekł za granicę. Zatrzymano go w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
Obecnie przebywa w areszcie. Grozi mu osiem lat więzienia. Mediacje z rodziną ofiar się załamały.
