10 lutego 1971 roku w łódzkiej fabryce przy ulicy Ogrodowej stanęły maszyny. Kobiety pracujące w Zakładach Przemysłu Bawełnianego im. Marchlewskiego przestały pracować. Rozpoczął się największy strajk w historii Łodzi.
Dlaczego włókniarki zbuntowały się przeciwko władzy
Tego dnia pracownicy dostali wypłaty za styczeń. Okazało się, że zamiast podwyżek dostali mniej pieniędzy – o 200-300 złotych. Jednocześnie ceny w sklepach poszły mocno w górę. Za niecałe 2000 złotych miesięcznie kobiety harowały przymaszynach w trudnych warunkach. To było o 500 złotych mniej niż przeciętna krajowa.
Pierwsze maszyny wyłączyły pracownice w przędzalni odpadkowej. Wieść rozeszła się lotem błyskawicy. W ciągu kilku dni dołączyło 32 fabryki. 15 lutego, w szczycie protestu, strajkowało 55 tysięcy osób. Cztery na pięć z nich to były kobiety.
Jak przebiegał strajk łódzkich robotnic
Protest nie miał liderów ani komitetu strajkowego. Nikt nie koordynował działań między zakładami. Robotnice po prostu powiedziały dość. Wyłączyły maszyny i zażądały cofnięcia podwyżek, wyższych pensji i lepszych warunków pracy. Chciały też przerwy na śniadanie i ukarania winnych za grudniowe rozruchy na Wybrzeżu.
Władze najpierw zlekceważyły protest. Lokalni partyjni działacze nie potrafili opanować sytuacji. Do Łodzi przyjechali przedstawiciele ministerstwa – też bez skutku. Dopiero wizyta premiera Piotra Jaroszewicza przyniosła przełom.
Zwycięstwo włókniarek i koniec protestu
Po burzliwych rozmowach w fabryce władza ustąpiła. Wieczorem 15 lutego ogłoszono, że od 1 marca wracają stare ceny żywności. To był sukces. Ostatnie zakłady wznowiły pracę 17 lutego.
Strajk zmienił Łódź. Miasto przestało być zapomniane przez komunistyczne władze. Po raz pierwszy powstał plan modernizacji miasta. Do dziś każdego roku przy tablicy w Manufakturze spotykają się uczestnicy tamtych wydarzeń.
